Jak specjalnie robię coś źle, by się zdenerwował
czyli o przyjemności z bycia winna – i całkowicie bezkarną To nie przypadek. Nie nieuwaga. Nie zmęczenie. Czasem robię coś źle specjalnie. Z premedytacją. Z dokładnym obliczeniem reakcji, którą wywołam. I nie chodzi o to, by coś „zepsuć”. Nie chodzi o szkody. Chodzi o to, żeby poruszyć jego męskie JA . Delikatnie potrząsnąć fundamentem, który myśli, że wie, „jak być powinno”. Bo wiem jedno: nic nie podnieca go bardziej niż absurdalne poczucie niesprawiedliwości, z której nie może się uwolnić. ☕ Czasem to coś drobnego Na przykład zostawiam filiżankę z kawą na jego notatkach. Nie przez przypadek. Kładę ją tam powoli. Patrzę na niego. Czekam. Wiem, że to jego papiery, że porządek to dla niego świętość. Ale kładę je tam właśnie dlatego. Bo wtedy widzę ten moment: Najpierw zdziwienie . Potem złość . A później dylemat : — Czy powiedzieć coś ostro? Czy się zdenerwować? Czy raczej milczeć, by nie wzbudzić mojego „focha”? To piękny teatr. I uwielbiam być jego r...