„To chore, a jednak prawdziwe”

 


czyli o tym, jak odnajdujemy się w świecie absurdu i władzy absolutnej

Nie muszę udawać.
Wiem, że to chore.
Wiem, że to, co robimy, nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, równością, zdrowym rozsądkiem.

Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której mężczyzna błaga o przebaczenie, choć to ja popełniłam błąd?

Jak inaczej opisać system, w którym prawda nie ma znaczenia, bo racja należy do tej, która decyduje?

To nie ma sensu.
A jednak — to jest nasz sens.
To, co buduje między nami napięcie, które nie istnieje w zwyczajnych relacjach.


🖤 Lubię te chore gierki

Jestem świadoma tego, co robię.
Gdy przekręcam rzeczywistość.
Gdy stwarzam alternatywny świat, w którym ja jestem centrum, regułą, prawem i sądem.
Wiem, że czasem się mylę.
Ale nie po to jestem na szczycie, żeby się z tego tłumaczyć.

Więc kiedy on przychodzi — z faktami, dowodami, rozsądkiem…
A ja milczę.

A potem mówię tylko:
— Więc jesteś na mnie zły?
I patrzę, jak jego racja zaczyna pękać pod ciężarem mojego spojrzenia.

Czuję wtedy… nie tylko władzę.
Czuję sztukę kontroli, czystą, nieosłoniętą niczym władczość, która nie potrzebuje uzasadnienia.

To perwersyjna gra, tak. Ale to gra, którą kocham.


🔥 Im bardziej absurdalne, tym bardziej go to podnieca

To, co najbardziej fascynujące, to jego reakcja.
Bo im bardziej robi się absurdalnie
im bardziej sytuacja przeczy logice,
im bardziej oczywiste jest, że przekraczam granice zdrowego rozsądku…

Tym bardziej on się napina,
tym bardziej milknie,
tym bardziej jego ciało zdradza, że to go kręci.

Jakby cały jego system wewnętrzny, wyuczony przez życie, buntował się, krzyczał: „To szaleństwo!”
Ale gdzieś głęboko — jego dusza uległego szeptała: „Właśnie tego chcę… Właśnie tego potrzebuję.”

W skrzyni, w ciszy, kiedy przeprasza mnie za moje błędy —
jest nie tylko posłuszny.
Jest w ekstazie, choć sam przed sobą nie chce tego przyznać.


🔄 Pasujemy do siebie właśnie w tym szaleństwie

Nie jesteśmy logiczną parą.
Nie jesteśmy sprawiedliwi, wyważeni, „partnerzy z równych pozycji”.

Jesteśmy konstruktem, który działa tylko wtedy, gdy ja łamie zasady, a on je akceptuje.

Ja wiem, że manipuluję rzeczywistością.
On wie, że ulega czemuś, co powinno go oburzać.

A jednak — wracamy do siebie. Raz po raz.
On, z miękkimi kolanami i oczyma spuszczonymi w dół.
Ja — z uśmiechem, który mówi: „Znowu jesteś tam, gdzie powinieneś.”

W tym szaleństwie jest porządek.
W tej grze jest prawda.
I nawet jeśli cały świat powiedziałby, że to chore…

To właśnie dlatego działa.
Bo nie chodzi o to, żeby było zdrowo.
Chodzi o to, żeby było prawdziwie, głęboko, bezwzględnie podniecająco.

I dla mnie — to wystarczy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko on, cisza i moja wola.

Rekrutacja otwarta – Poszukuję niewolnika godnego mojej ciszy i mojej uwagi

Pierwsze wejście w ciszę – jak prowadzę niedoświadczonego niewolnika do karceru