Jak specjalnie robię coś źle, by się zdenerwował

 


czyli o przyjemności z bycia winna – i całkowicie bezkarną

To nie przypadek.
Nie nieuwaga.
Nie zmęczenie.

Czasem robię coś źle specjalnie.
Z premedytacją.
Z dokładnym obliczeniem reakcji, którą wywołam.

I nie chodzi o to, by coś „zepsuć”.
Nie chodzi o szkody.

Chodzi o to, żeby poruszyć jego męskie JA.
Delikatnie potrząsnąć fundamentem, który myśli, że wie, „jak być powinno”.

Bo wiem jedno:
nic nie podnieca go bardziej niż absurdalne poczucie niesprawiedliwości, z której nie może się uwolnić.


Czasem to coś drobnego

Na przykład zostawiam filiżankę z kawą na jego notatkach.
Nie przez przypadek.
Kładę ją tam powoli. Patrzę na niego. Czekam.

Wiem, że to jego papiery, że porządek to dla niego świętość.
Ale kładę je tam właśnie dlatego.

Bo wtedy widzę ten moment:

Najpierw zdziwienie.
Potem złość.
A później dylemat:
Czy powiedzieć coś ostro? Czy się zdenerwować? Czy raczej milczeć, by nie wzbudzić mojego „focha”?

To piękny teatr.
I uwielbiam być jego reżyserką.


🧠 Innym razem łamię reguły, które sama narzuciłam

Zmieniam hasło do konta wspólnego — bez uprzedzenia.
Zapominam zapłacić rachunek, o którym mówił od tygodnia.
Albo rozmawiam przez telefon, kiedy on prosił o skupienie i ciszę.

A potem udaję, że nic się nie stało.
Patrzę na niego tym moim niewinnym spojrzeniem.
Oj, zapomniałam. Przecież to nic takiego, prawda?

W środku aż pulsuje. Widzę to w jego oczach.
Zaciska zęby.
Zamiata frustrację pod dywan.

Ale ona wraca.
I wtedy — puszcza mu nerw.


💋 I to jest ten moment, na który czekam

Nie dlatego, że lubię jego złość.
Tylko dlatego, że ta złość jest dla niego pułapką.

Bo przecież nie wolno mu być zły na mnie.
Bo jestem tą „słodką niedoskonałością”, której się nie karze.

Więc co zostaje?
Zostaje dysonans.
Poczucie absurdu.

I ten mechanizm, który tak bardzo kocham:

On złości się, bo wie, że mam winę.
A ja każę mu przepraszać za to, że się zezłościł.


🔐 Skrzynia jest finałem tej gry

Kiedy już jego głos jest podniesiony, kiedy już w oczach widać „to było nie fair”,
mówię z chłodną stanowczością:

Nie podoba mi się, jak na mnie patrzysz. Wiem, że cię zawiodłam, ale twoja reakcja była przesadzona. Idź do skrzyni. Pomyśl, jak można było inaczej.

I wtedy zaczyna się rytuał.
Nie protestuje. Już nie.
On wie, że przegrał, mimo że miał rację.

Wchodzi tam z frustracją,
a wychodzi z pokorą i pragnieniem, które aż bije z jego spojrzenia.


🖤 Dlaczego to robię? Bo władza smakuje lepiej, gdy jest sprzeczna z logiką

Wiem, że to chore.
Wiem, że to nielogiczne.
Wiem, że go prowokuję tylko po to, by zburzyć jego świat na moment i patrzeć, jak się przede mną ugina.

Ale to właśnie dlatego to działa.

Bo on się złości — a potem błaga o przebaczenie, że się złościł.
Bo to ja ustalam reguły, a potem sama je łamię, i to on za to płaci.

I on też to wie.

I choć to szaleństwo — nie chce, żeby to się kończyło.
Bo w tej naszej chorej dynamice, jego upokorzenie staje się jego podnietą.
A moja bezkarność — dowodem, że jestem wszystkim, co kocha i wszystkiego, czego się boi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko on, cisza i moja wola.

Rekrutacja otwarta – Poszukuję niewolnika godnego mojej ciszy i mojej uwagi

Pierwsze wejście w ciszę – jak prowadzę niedoświadczonego niewolnika do karceru